Rustykalny ślub na końcu świata. Asia i Bartek, Wysowa Zdrój

21 listopada 2019

Nie pamiętam, gdzie mnie znaleźli, ale zapamiętałam dziewczynę w kapeluszu, która ze swoim narzeczonym przyszła na targi ślubne, żeby zobaczyć album. Kilka tygodni później spotkaliśmy się w krakowskiej kawiarni by podpisać umowę i rozmawiać. A te rozmowy zawsze wyglądają tak samo: wychodzę na chwilę, wracam po kilku godzinach. Z głową pełną ciekawych historii moich par i takim niemogęsiędoczekać. Rok później się doczekałam.

Dwa dni przed ślubem Asi i Bartka zaliczyłam spektakularne salto u Marty i Piotrka. Tata Marty poratował mnie mocnym przeciwbólowym, kelnerka na weselu okazała się być pielęgniarką i zabandażowała mi profesjonalnie skręconą – najpewniej – kostkę. Tylko że ja miałam kolejny ślub za chwilę – u Asi i Bartka właśnie, nie mogłam sprawić im najmniejszego zawodu i wiedziałam, że m-u-s-z-ę zrobić dobrą pracę. I zrobiłam! Ale od początku.

Kraina snów. Ślub w Beskidzie Niskim.

Nasza podróż – bo pojechaliśmy do Wysowej Zdrój całą rodziną – była jak z pocztówki. Przez wąskie dróżki, zarośnięte łąki. Obok starych, drewnianych kościołów i cerkwi, które w pewnym momencie były na każdym kroku. To była kraina jak z filmu o ciszy, cieple, spokoju. Takie miejsce, w którym obłoczki unoszą się nad wielkimi połaciami zielonych lasów. I kiedy docierasz na miejsce – jesteś już prawie na końcu Polski. Dwa kilometry dalej droga asfaltowa się urywa, a polna ścieżka prowadzi do naszych słowackich sąsiadów.

Gdzieś tam jest ich dzień. Wysowa Zdrój to rodzinna miejscowość Asi i razem z Bartkiem organizują tam swój ślub. Trochę rustykalnie, z lekkimi kolorami światła zachodzącego na niebiesko i różowo słońca.

Wymarzona ceremonia w drewnianym kościółku

Ślub wzięli w takim samym miejscu, jak cała Wysowa i okolice. Dużo było pięknej ciszy, a przerywanie jej robieniem zdjęć i dźwiękiem klekoczącej migawki czasem było tym, co wydawało mi się zupełnie niewłaściwe. A obok tego były te ślubne wzruszenia. Brat Asi prowadzący ją do ołtarza. Rodzice, przyjaciele. Kwartet smyczkowy, smaczkowy wręcz – bo te melodie ubarwiły tę ceremonię i moment składania życzeń, tak radosny i żywy. To wtedy miałam wrażenie, że oni zapamiętują każde jedno słowo od swoich gości, którzy tulą ich najmocniej.

A po wszystkim była impreza. Weselicho na kilka fajerek w Gościnnej Chacie. Wirujący parkiet i śpiewy na zewnątrz. Kończyny dolne w kadrze (kto znajdzie?! ;-), emocje tańca. Ich bycie razem – choć nie sądzę, że każdy znał każdego, istniało poczucie, że to jedna wielka impreza dla ludzi, który od zawsze robią to razem.

Na zakończenie wyściskali mnie serdecznie. O bolącej nodze zapomniałam. Nie było czasu myśleć o bólu w tej mieszance radości, ruchu i różnych różności. Teraz marzę o kolejnym ślubie w Wysowej. Tamten Park Zdrojowy i jedzenie ze Zdrojowej Restauracji śni mi się po nocach. To była taka podróż z melodiami, smakami i zapachami. Kolorami i najintensywniejszym byciem. Tam. Wtedy. I z nimi.

SHARE THIS STORY
KOMENTARZE
ROZWIŃ
DODAJ KOMENTARZ