Stay classy! Marta i Piotrek i ich złoty ślub w Zamościu

13 sierpnia 2019

Nasza przygoda zaczyna się w jednej z zamojskich kawiarni. Chwilę przed spotkaniem bardzo spokojnie zbieram się w moim mieszkaniu, nieopodal zamojskiej Starówki. I na chwilę przed, zauważam, że nie wydrukowała mi się umowa. Jesienny bieg przez uliczki, ostatnie minuty otwarcia punktu ksero, mam – jestem na czas!

Są i oni. Marta i Piotrek. I od tamtej chwili nasze rozmowy przeplatają się – od fotografii, przez miłość do Roztocza, aż po architekturę. A czy ja wtedy wiedziałam, że oni znaleźli fotografa, a ja potrzebnych mi architektów? 😉

I tak przez pierwsze spotkanie, sesję narzeczeńską w muzeum, dotarliśmy do gorącego, czerwcowego dnia ich ślubu.

Wesele w Zamościu

Moje małe-wielkie marzenie, z którym jechałam tu, w dzień przeprowadzki na Roztocze. Marzyła mi się zabytkowa katedra, dobra zabawa, plener gdzieś w pięknym zakątku. Marta i Piotrek, pewnie zupełnie nieświadomie, pozwolili mi je spełnić. A nawet więcej.

Chilloutowe przygotowania

Przygotowania ślubne są różne: spokojne lub mniej, trwające dłużej czy krócej. Zawsze towarzyszy nam ten nieubłagany czas, który pędzi w dzień ślubu tak mocno, a zatrzymuje się dopiero po pierwszym tańcu. Marta zaczęła od makijażu i fryzury u dziewczyn w salonie Just Blush. Z mamą i siostrą. I babcią! Bo to cicha bohaterka mojej panny młodej. Była dobra muzyka, świecące się oczy Marty z zachwytu i zachwycone kobiety, które z nią przyjechały.

Kilka kadrów i wtedy jeszcze mój spokojny marsz do auta. Bo czeka już Piotrek (lub nie, ha!) – detale (uwielbiam je!), ubieranie. Rodzice i świadek. I znowu, serio, totalny luz. Gdzieś z tylu głowy miałam tylko jedną myśl: jak beznadziejnie zaparkowałam! Naprawdę beznadziejnie.

Klasyka, minimalizm, klasa i… złoto!

Gdyby ktoś z Was chciał, bym opisała kilkoma słowami tych dwojga, to byłyby właśnie one. Marta czekała na mnie pięknie pomalowana, a wybrane przez nią rzeczy na ten dzień były jak z dobrego, modowego pisma – prosta suknia, złote buty, charakterystyczne perfumy.

Znalazł się nawet czas na kawę, na żarty jej taty, na wspólne rozmowy i poczucie, że – hej! – jacy tu wszyscy są mili. Wiecie jaki to komfort pracy?

Aż wszystko nabiera tempa. Jest Piotrek, są łzy wzruszenia. Jestem też ja, która wykręca piruet na schodach, niszczę buty i psuję obiektyw, a moja kostka jeszcze o sobie przypomni. Później – po pierwszym tańcu. Kiedy czas postanowi naprawdę zacząć lecieć takim tempem, jakim powinien.

Ślub w zamojskiej katedrze

Złote światło jest jak ze snu. Jest też piękne kazanie. Wzruszenie wypełniające ten wielki kościół po sufit. Podczas kazania podziwiałam detale kościoła, są nieskończone, perfekcyjne.

I w tym kościele oni. Jakieś lepsze miejsce na zaślubiny dla pary architektów? No way!

Impreza z mamutem

Wesele było takie, jak być powinno. Bo pierwszy taniec zaczarował gości. A sami goście zaczarowali mnie frekwencją na parkiecie, wirującymi sukienkami i pojawiającymi się uśmiechami. Radością współbycia.

Gdzieś w trakcie zabieram Martę i Piotrka na mały plener. Pod mamuta. Pod zamojskim Hotelem Artis stoi taki mamut, który tak bardzo mi się spodobał i daliśmy mu szansę. A czy warto było – ocenicie sami. Bo gdzieś poniżej znajdziecie zdjęcia i z nim.

Florystyka i dekoracje // Niezłe rzeczy

Suknia // Aleksandra Mirosław

Makijaż i fryzura // Just Blush

Buty Marty // Ryłko

Wesele // Hotel Artis

Zespół // Tango

SHARE THIS STORY
KOMENTARZE
ROZWIŃ
DODAJ KOMENTARZ