Dresy i deszcz. Kasia, Maciek i Manio. Sesja narzeczeńska prawdziwie w ich stylu.

31 marca 2020

Na tę sesję przyjechali na Roztocze z Krakowa, bo – jak wiecie – moje pary przyjeżdzają tu zobaczyć, co też ja tak zachwalam. Kilka miesięcy wcześniej trafiliśmy na siebie – a raczej Kasia mnie znalazła nie wiem gdzie i nie wiem jak. Ale do dziś pamiętam, że Maciej na naszym pierwszym spotkaniu miał szarą bluzę. Na drugim miał bluzę. Na sesję narzeczeńską mieli mieć jakieś koszule. Białe szmery bajery do biegania po lesie.

Mamy jechać na tę sesje, pogoda pod psem. Przyjeżdzają po mnie swoim autkiem, a tam koszul nie ma. Normalnie ubrani w czarne dresy i softshelle. I Kasia mówi, że koszule na co dzień to nie oni. I ja sobie myślę: Czad! Serio. Tak sobie od razu pomyslałam, że to taka para, która przyjechała na sesję zrobić sobie s w o j e zdjęcia. Proste i nieprzebrane, zupełnie bez udziwnień. Takie po ich. A oni są tacy, że deszcz im nie przeszkadzał, że pomiędzy piliśmy kawę i jedliśmy dobre regionalne jedzenie. Że Manio, ich najcudniejszy pies, wylizał mnie po rękach.

To taka sesja była zupełnie piękna w swojej zwyczajności i prostocie spaceru, odkrywania im nieznanego, biegania po lesie, całusów skradzionych i przekonywania się, że fotografowanie siebie jest dobre. Jest najlepsze, kiedy robisz to tak, jak czujesz. I kiedy jest wesoło i jest dobry flow, a był – zaręczam.

Kilka tygodni później spotkaliśmy się na ich ślubie. A potem pewnego wieczoru w Krakowie przy winie i piwie. Wróciłam wtedy do domu i pomyślałam, jakie to fajne poznawać takich prawdziwych ludzi.

I że ciąg dalszy nastąpi.

 

ps Na sesji weszliśmy na teren nieczynnej stanicy harcerskiej w Majdanie Sopockim. Miła pani nam pozwoliła, a była to dla mnie prawdziwa podróż sentymentalna dawnej harcerki. Wróciłam uskrzydlona. Jak z radosnego ogniska, rajdu pieszego, jakby mój plecak na nowo napełnił się wspomnieniami z tamtego czasu. To było magiczne.

SHARE THIS STORY
KOMENTARZE
DODAJ KOMENTARZ